

Są w Prokuraturze takie chwile, kiedy człowiek ma ochotę przybić pieczątkę: verba docent, exempla trahunt — „Słowa uczą, przykłady pociągają”- bo oto dostajemy „wytyczne” Zastępcy Prokuratora Regionalnego w Gdańsku kierowane do prokuratorów: o rozwadze, o umiarze, o komunikacji bez emocji, o unikaniu personalnych szpilek, o niewchodzeniu w medialny spór, o niepodsycaniu napięcia, o tym, że autorytet urzędu buduje się ciszą i rzetelnością, nie temperaturą przekazu. Brzmi rozsądnie. Brzmi nawet… potrzebnie.
Problem zaczyna się w chwili, gdy czytelnik zestawia te napomnienia z tym, jak w ostatnim czasie komunikowano sprawy „audytowe” w praktyce — w komunikatach, w wypowiedziach „dla mediów” o winie „w praktyce już przesądzonej”, w cytatach używających ciężkich formuł („miażdżący”, „opresyjny”, „rażące naruszenia prawa”, „próbowali skręcić”, „korzyść osobista oskarżonych”, „proceder”), a do tego ażeby nikt nie pominął tych treści, rzecznik prasowy czuwał, ażeby wszystkim o tym przypomnieć, dziennikarzom też. I wtedy pojawia się pytanie nie tyle z zakresu prawa, co z elementarnej logiki instytucjonalnej: jaką trzeba mieć śmiałość, by wymagać od podległych urzędników powściągliwości, jeśli samemu — jako przedstawiciel kierownictwa — firmuje się przekaz o skutku publicznego „pręgierza”?
Tu ironia losu pisze się sama, bo nie chodzi już o abstrakcyjną „spójność komunikacyjną”, tylko o rzecz bardziej podstawową: ten sam człowiek, który dziś poucza o dyscyplinie słowa, wczoraj współtworzył przekaz, który tę dyscyplinę demonstracyjnie porzucał! Gdy w roli urzędowego głosu padały formuły ciężkie jak młot, to nie była komunikacja „chłodna”, tylko komunikacja, która wchodzi w spór i go wygrywa nie dowodem, nie prawdą, bo przecież nie o to chodzi, lecz temperaturą, im wyższa tym lepsza. Użyte środki nie mają znaczenia, bo uświęca je cel jakim jest zniszczenie. I właśnie dlatego wytyczne te, choć rozsądne w treści, brzmią jak zaprzeczenie własnej historii.
Ustawa Prawo o prokuraturze i Zbiór Zasad Etyki Zawodowej Prokuratorów są w tej sprawie bezlitosne. Nakazują strzec powagi urzędu, unikać wszystkiego, co podważa zaufanie do bezstronności, a godność prokuratora traktują jako obowiązek także poza miejscem pracy. To standard, którego nie da się stosować wybiórczo, bo wtedy z zasady robi się rekwizyt. Etyka zawodowa idzie dokładnie tą samą linią: prokurator ma ważyć słowo, unikać personalnych połajanek, nie budować przekazu, który w odbiorze społecznym staje się substytutem wyroku. Dlatego wytyczne są trafne. Tylko, że trafność treści nie naprawia trafności autora.
Kiedy bowiem ten sam prokurator, który w przekazie publicznym potrafił przykładać ciężar instytucji do stemplowania ocen i tworzenia narracji „miażdżącej” wobec instytucji Prokuratury i innych prokuratorów, który uczynił z siebie najwyższego sędziego ferując wyroki bez procesu, nagle zaczyna mówić językiem powściągliwości, powstaje dysonans tak oczywisty, że aż komiczny. Quod licet Iovi, non licet bovi — w praktyce wychodzi na to, że dołowi wolno najwyżej milczeć, a górze wolno formułować tezy, nie dbając o ich rzetelność, o prawa pomawianych osób, które w przestrzeni publicznej żyją własnym życiem i przyklejają się do ludzi na długo przed jakimkolwiek rozstrzygnięciem.
I tu właśnie te wytyczne stają się nie tyle „przypomnieniem standardu”, co próbą zabezpieczenia instytucji, a może siebie samego przed skutkami stylu, który samemu się wcześniej uprawiało: najpierw ostre komunikaty i „pręgierz”, potem nagle apel o umiar — jakby pamięć opinii publicznej była krótsza niż numer sygnatury sprawy.
To zresztą nie jest spór o gust, tylko o mechanizm władzy w prokuraturze. Ten mechanizm widać w materiałach audytowych. A kiedy do tego mechanizmu dokłada się przekaz medialny ostry i personalny, powstaje mieszanka wybuchowa: instytucja nie tylko działa „twardo”, ale jeszcze opowiada o tym w sposób, który ma ustawić odbiorcę po właściwej stronie. Wtedy wytyczne o „niepodsycaniu napięcia” brzmią jak ironiczny dopisek do wcześniejszych działań, a nie jak realny standard.
Największym problemem nie jest więc to, że ktoś napisał wytyczne. Problemem jest to, że napisał je ktoś, kto sam – w publicznej praktyce ostatnich miesięcy – dawał przykład odwrotny, a jego autorytet moralny nie jest nieposzlakowany. W tym wypadku – osoba, która żąda od innych krystalicznej dyscypliny, sama nie buduje wizerunku krystalicznego. A Prokuratura, bardziej niż jakakolwiek inna służba państwowa, opiera się na tym, że standard nie może być tylko papierem. Bo papier wytrzyma wszystko. Społeczne zaufanie — nie.
W komunikacji instytucjonalnej oznacza to jeszcze coś prostszego: nie da się z wiarygodnością pouczać innych o umiarze, gdy jeszcze wczoraj samemu ten umiar demonstracyjnie porzucało się w urzędowych raportach, komunikatach i publicznych wypowiedziach, a dziś próbuje się udawać, że chodzi wyłącznie o etykę i kulturę słowa.
W Prokuraturze spójność nie jest luksusem. Jest warunkiem powagi i odpowiedzialności za czyny, a także za słowo. I właśnie tej spójności w tej historii zabrakło.
